Blog > Komentarze do wpisu
c'est paris, si on a pas d'argent, on sort pas

No i wiecie, pojechałam na tego erasmusa z myślą, że nauczę się codziennego francuskiego, będę imprezować, nic nie robić w szkole, a potem wrócę z samymi piątkami i pięknymi wspomnieniami, jak to sie mówi. A tu dupa. Na każdych zajęciach albo jakieś dwudziestostronicowe dossier, takie z wywiadami na mieście i książkami do przeczytania (będę musiała zrobić najprawdziwsze resume - wreszcie na coś się przydadzą lingwowe warsztaty), albo egzamin, i co z tego, że jesteś tylko na pół roku. Wymagania takie same jak dla francuzów; inna sprawa, że z punktu widzenia polskiej studentki, a do tego jeszcze studentki Irrelewancji Porównawczej, poziom tutejszych zajęć jest nieco zabawny, ale o tym kiedy indziej. Teraz skupmy się na tym, że dwie Anie, Ola i Justyna szukały imprezy.

Pocztą pantoflową dotarła do Betanii informacja, że we czwartki przy Gare Montparnasse odbywają się jakieś imprezy erasmusowe, oczywiście postanowiłyśmy pójść, no bo jak, tylko trochę byłyśmy oburzone, że my, my - czołowe imprezowiczki świata dowiedziałyśmy się o sprawie zupełnie przez przypadek, ale mniejsza z tym - grunt, że przed 22 wymknęłyśmy się z naszego siostrzanego foyer i pojechałyśmy do miasta. 

Z tym, że dałyśmy się zwieść w stronę Bastylii do jakiejś konkurencyjnej boite, a że nie było bifora, postanowiłyśmy kupić browarki i wypić na ławce. W sklepie sprzedawca podbiegł do lodówki, pokazał nam napis, że po 21 nie wolno sprzedawać alkoholu, po czym wyjął każdej po browarze (J. zażyczyła sobie jakiegoś najmocniejszego piwa, i dostała: 11,6%, Amsterdam), włożył w specjalnie chyba do tego wyprodukowaną papierową torbę i kazał schowac do torebek, oczywiście w moim przypadku nie było o tym mowy, ale tu znów wkroczyła J. - schowała piwo za kurtkę i powiedziala: C'est comme cela en Pologne, hein!

No i wtedy już było fajnie, bo wiecie, ja to lubię takie klasyki - browar na ławce, wypatrywanie policji, ploty o facetach i ogólne narzekanie na świat. Zresztą było na co narzekać, bo po północy nasza klubina świeciła pustkami, juz miałyśmy jechać do domu, ale postanowiłyśmy się wkręcić do klubu przy Montparnasse, co prawda od godziny był już płatny wstęp, ale naiwnie myślałyśmy, że uda się załątwić a la polonaise: niekoniecznie. Rozmawiając z bramkarzem czułam się (zresztą nie pierwszy raz) jak w Warszawie: nadęty gej pogardliwie mówiący, że jak się nie ma kasy, to zostaje się w domu, bo to jest Paryż, P-A-R-Y-Ż. I wiecie co, ja się z nim zgadzam. Zwłaszcza, że też jestem nadętą gejką i na wszelki wypadek na ogół zachowuję pogardliwy wyraz twarzy.

Postałyśmy trochę przed klubem, potem zachciało nam się siku, nie znalazłyśmy, idziemy już na Noctiliena, coby wrócić do Bagneux jak niepyszne, ale zaczepiło nas trzech Francuzów, i, żadna w tym moja zasługa, ale stanęło na tym, że każdy z nich dorzuci 5 euro do naszego biletu i idziemy na imprezę razem. And then I dropped off the face of the earth.

Przysięgam, chyba nigdy nie byłam w takim klubie, wielki jak podopolska Azteka, z didżejówką jak w filmach i masą, po prostu masą ludzi, z których większość jak tylko przeciskasz sie przez tłum usiłuje cię pocałować, a jak cię ktoś poprosi do tańca, to raczej nie licz, że tylko o to mu chodzi, chociaż nasi francuzi byli ok, o ile wiem. A z muzyki to leciało nawet Smells Like Teen Spirit. Classy. (Czy ktoś w ogóle pamięta, jak mogliśmy do tego tańczyć? Ostatnio gorzej mi szło chyba tylko przy minimalu). 

Wyszłyśmy o 4.45. Do piątej siedziałyśmy razem z innymi imprezowiczami wgapiając się hipnotycznie w bramę metra. 10 minut szukałyśmy naszej stacji. O 5.50 odjechał pierwszy pociąg do Porte d'Orleans, potem na gape autobusem. I stres, bo o 7 jest u nas msza, więc wstają siostry, a byłoby jednak trochę niehalo spotkać się z nimi wracając po całonocnej imprezie, ale spoko, weszłyśmy przez bramę, potem w stronę naszego domku, pusto i cicho, ciągnę za klamkę... Zamknięte. I znowu poczułam się jak w amerykańskim filmie dla nastolatków, wymyśliłam, że możemy wejść przez okno, tylko trzeba Martę obudzić, ale Ola mówi, ja nie wejdę. Myśl, GPSie, myśl - klucz musi być w zamku. Zadzwoniłyśmy do Marty, otworzyła, poszłyśmy spać, a siostry już krzątały się na górze. Czuję się jak złoczyńca. Trzeba coś obmyślić na następny tydzień.

 

 

piątek, 26 września 2008, misswolna

Komentarze
2008/10/04 10:47:56
młahaha: "studentka Irrelewancji Porównawczej", za to cię kocham. i też jestem nadętą gejką. Ale nie będzie mi tu, jak to powiedziała marciucha "jakiś pedał z małym fiutem leczył sobie kompleksów" moim kosztem :P
-
2008/10/11 00:59:23
Well, well, jaki ten świat mały - od Too do Ciebie i, proszę, czytam o foyer w Bagneux i od razu przypominają mi się moje wakacyjne praktyki sprzed dwóch lat (rok temu już u szarytek mieszkałam w znacznie przyjemniejszej mimo wszystk XIIIeme :) )
Arabskie nasienie dalej tak samo nachalne? ;)
-
Gość: anu, aputeaux-154-1-45-115.w83-199.abo.wanadoo.fr
2008/10/11 15:16:52
halszka -- no niestety szarytki raz ze maja dwa razy drozej, dwa ze od wrzesnia chyba zamykaja brame o 22 na amen, co mnie nie urządza ;) a przedmiejscy arabowie i inni to chyba sie nie zmienia, przeciez facet musi sie wyszalec, byle z niemuzulmanka ;)