|
Blog > Komentarze do wpisu
Od kilku dni czuje jak kurczy mi sie żołądek, albo, na odwrót, mam napady wilczego apetytu i wcinam całą bagietkę zagryzając camembertem light i popijając rosé, i nie, sprawa nie jest ani trochę związana z tymi śmiesznymi dossier, które mam przygotowywać, czy exposé, które mam wygłosić. Do tego strasznie boję się rozmawiać z kimkolwiek z ILSu, a o sprawdzaniu poczty w ogóle zapomnij: kiedy muszę coś ściągnąć z mejla biorę głęboki oddech i zaciskam oczy, odczekuję chwilę, podnoszę powiekę i jeżeli widzę, że nie ma nowych wiadomości, przez moment czuję się normalnie. Dzisiaj opowiadałam długo na zajęciach, jak uczy się francuskiego w Polsce, i wypsnęło mi się po drodze, że nie mówię za dobrze po francusku, na co grupa zareagowała żywiołowymi zaprzeczeniami, a prowadząca zaczęła trochę grzebać w mojej deklaracji. No i opowiedziałam im, że w Polsce albo robisz coś tip top, albo w ogóle, a na lingwistyce nigdy nie jesteś dość dobry. Bo wiecie, ja uważam się za dobrą studentkię: robiłam to koło naukowe, zrobiłam prezentację na sesję, ej, nawet rozwiesiłam z fio kilka plakatów na Globe, w którym nie mogłam wziąć udziału, no i dobrze się uczę: i spotykamy się tutaj, jestem na erasmusie, w Paryżu, i jedynym moim problemem jest Polska, i ilsowe primadonny, które nie chcą mi zaliczyć swoich cennych zajęć. Uczyć się trzeba, a nie rozbijać po świecie.
(a to, że już wczoraj musiałam zacząć czytać literaturę na lexique et style to przecież zwyczajny sposób spędzania wakacji.) wtorek, 07 października 2008, misswolna
|
|