|
środa, 03 czerwca 2009
notatka pamięciowa (czyli aż się muszę na bloga wpisać)
Zawsze lubiłam myśleć zapętleniami, jak pies; ostatnio zresztą czujemy schyłek i wszyscy rozkminiają, co robiliśmy na pierwszym roku, a co robiliśmy na drugim, w każdym razie nie to, co robimy teraz. Czasem jest tak, że coś - przedmiot, zapach, piosenka - kojarzy ci się z czymś od wielu lat, a potem nagle nakłada ci się na to coś innego. Czasem są to połączenia absurdalne, czasem sprawiają, że musisz się zastanowić, kims ty właściwie do cholery jesteś, czasem możnaby na tej podstawie nakręcić film. Ja bym tylko chciała sobie zrobić mental note. Płyta "Echosystem" nie kojarzy mi się tak naprawdę z żadnych konkretnym wydarzeniem, ale pamiętam bardzo wyraźnie, jak zimą 2005/2006 siedziałam opatulona w koc na łóżku mojej siostry, jeszcze na Klaudyny, paliłam kilka zapachowych świeczek i słuchałam tej płyty w kółko, pogrążona w nie za wesołych myślach, bo miałam złamane serce. I gdyby ktoś mi wtedy powiedział, z czym zacznie mi się kojarzyć ta płyta w maju 2009 roku - to ja bym, proszę państwa, po prostu nie uwierzyła.
PS. Wtedy najbardziej robiła na mnie wrażenie piosenka "Mimo wszystko", a teraz raczej wbiła mi się w pamięć ta.
piątek, 21 listopada 2008
jest kilka rzeczy, które lubię we Francji
Zanim położyłam się spać we wtorek w nocy nastawiłam budzik na 9, ale bez przekonania. W środę zaczynam zajęcia o 11.30 i plan ogólny jest taki, że wstaję wcześniej i trochę się uczę (technikę tę przejęłam od moich współlokatorek, które jak wstaną o 10, to mówią, że za długo spały - please), żeby pójść na seminaria z przestrzeni i lingwistyki funkcjonalnej jako tako przygotowaną. No ale budzik zadzwonił jakby po pięciu minutach i powiedziałam: panie, daj pan spokój, nie widzisz pan, że nie jestem w najlepszej formie? Więc wyłączyłam. Tyle, że za chwilę zaczął dzwonić telefon - patrzę, numer nie dość, że francuski, to jeszcze nieznany. No to wyłączyłam dźwięk w nadziei, że delikwent zostawi wiadomość na poczcie. I kto dzwonił? Dzwoniła madame Boucherit, żeby mi powiedzieć, że źle się czuje i nie przyjdzie na zajęcia rano, więc zobaczymy się w przyszłym tygodniu. Kumacie opcję? U nas z bożą pomocą zadzwoniliby dziesięć minut po rozpoczęciu zajęć i to tylko do jednej osoby. (Inna sprawa, że związki międzyludzkie na francuskich uczelniach są na tyle luźne, że większość studentów ledwo zna swoje imiona). Mam z tą panią jeszcze zajęcia w poniedziałki i zazwyczaj musimy czekać kilka minut przed wejściem do sali aż skończą się poprzednie zajęcia. Jakie, to nie pomnę, grunt, że wykorzystuje się na nich komputery, więc każdy student przychodzi z wypożyczonym specjalnie na ten cel laptopem. (!)(por. komputery w nauczaniu)
Bardzo mi się podoba też stosunek do przechodzenia na światłach. W Szkocji pamiętam, że piesi stali jak wbici w ziemię dopóki się nie zapaliło zielone światło, nawet jeżeli chcieli przejść przez jakąś półleśną ścieżynkię, na której ostatni wehikuł widziano za czasów Wallace'a, no ale ordnung muss sein. W Polsce jak jest, każdy widzi, właściwie wszyscy przechodzą jak chcą, ale niech cie przyuważy policja albo nie daj Boże straż miejska i po pięćdziesięciu złotych. Tymczasem tutaj światła są ogólnie ignorowane, przechodzisz jak i kiedy możesz, ważne, żebyś się jakoś szczególnie desperacko pod koła nie ładował, a policja w ogólnie zwraca na to uwagi. Tak samo też nie zwraca uwagi na teoretycznie zakazane spożycie alkoholu w miejscach publicznych, bo raz, że wino to we Francji nie jest alkohol (a propos, to łupanie w czaszce mówi jednak co innego ;-)), a dwa, że dopóki nie ma w okolicy małych harcerzy, przedszkolnych grup czy kłębiących się turystów, dopóki nie wydzierasz się na całe gardło (wyjąwszy śpiewanie Edith Piaf i Alizee, to można robić bez przeszkód, nawet o 3 w nocy) i jako tako trzymasz się na nogach, to wszystko jest ok. Nikomu przecież nie przeszkadzasz.
Na zdrowie.
piątek, 07 listopada 2008
sick building syndrome/
Ostatnio odkryłam dlaczego nie jestem specjalnie bystra na zajęciach. Siedzę właśnie w bibliotece uniwersyteckiej, próbuje pisać streszczenie artykułu, i na początku szło mi dobrze, ale po kilkunastu minutach absolutnie nie mogę skupić się na tym, co czytam. Mój mózg buntuje się przy białym sztucznym świetle.
piątek, 17 października 2008
the night we didn't go out
Czyli dlaczego następnym razem włożę koszulkię z napisem "I'm pregnant and looking for a daddy".
(to co po francusku daje po polsku)
- Hey, where are you from in Canada? - Poland. - Why do you wear two flags? To create a mystery? But you don't need that, you are a mystery. And I am a mystery. I am from mystery land. (dziewczyna do mnie) - Uwielbiam seks! A ty?
- Tak czy siak, masz ładne piersi. - Eeeee (eeeelokwencja mi sie tu skończyła) - Pewnie pierwszy raz słyszysz coś takiego w klubie, hehehe. Co, nie jesteś Francuzką? I zrozumiałaś WSZYSTKO, co powiedziałem?
- Czyli mówisz po polsku, angielsku, francusku y un poquito espanol. To niemożliwe. - Si, si, możliwe. - Nie, w mojej głowie to niemożliwe. - Zapewne.
- Hej, mówisz po francusku? - Tak. - Ale chyba nie dobrze? - Dobrze. - Ale nie bardzo, bardzo dobrze? - No może nie. - Jesteś na erasmusie? - Tak. - To musisz mnie pocałować!
- I'm going to Cracovia in two weeks, you know. - Well, have fun.
- Poland? I've been to Amsterdam, it's beautiful.
wtorek, 14 października 2008
Druga w nocy. Przedmieścia Paryża, spokojna ulica, cicho, żywej duszy nie uświadczysz. Spory domek z ogródkiem. Gdyby to był początek Harry'ego Pottera, to latarnie zaczęłyby jedna po drugiej gasnąć, ale to nie jest HP, tylko mój blog, więc w domku zapala się światło, otwierają się drzwi, wychodzi z nich dziewczyna w różowych papciach, zwiewnej koszulce nocnej i bluzie od dresu, podchodzi do płota i wściekłym ruchem wyrzuca coś z szufelki. Odwraca się na pięcie i zamyka drzwi. Na chodniku zwijają się dwa czarne bezskorupkowe ślimaki.
wtorek, 07 października 2008
Od kilku dni czuje jak kurczy mi sie żołądek, albo, na odwrót, mam napady wilczego apetytu i wcinam całą bagietkę zagryzając camembertem light i popijając rosé, i nie, sprawa nie jest ani trochę związana z tymi śmiesznymi dossier, które mam przygotowywać, czy exposé, które mam wygłosić. Do tego strasznie boję się rozmawiać z kimkolwiek z ILSu, a o sprawdzaniu poczty w ogóle zapomnij: kiedy muszę coś ściągnąć z mejla biorę głęboki oddech i zaciskam oczy, odczekuję chwilę, podnoszę powiekę i jeżeli widzę, że nie ma nowych wiadomości, przez moment czuję się normalnie. Dzisiaj opowiadałam długo na zajęciach, jak uczy się francuskiego w Polsce, i wypsnęło mi się po drodze, że nie mówię za dobrze po francusku, na co grupa zareagowała żywiołowymi zaprzeczeniami, a prowadząca zaczęła trochę grzebać w mojej deklaracji. No i opowiedziałam im, że w Polsce albo robisz coś tip top, albo w ogóle, a na lingwistyce nigdy nie jesteś dość dobry. Bo wiecie, ja uważam się za dobrą studentkię: robiłam to koło naukowe, zrobiłam prezentację na sesję, ej, nawet rozwiesiłam z fio kilka plakatów na Globe, w którym nie mogłam wziąć udziału, no i dobrze się uczę: i spotykamy się tutaj, jestem na erasmusie, w Paryżu, i jedynym moim problemem jest Polska, i ilsowe primadonny, które nie chcą mi zaliczyć swoich cennych zajęć. Uczyć się trzeba, a nie rozbijać po świecie.
(a to, że już wczoraj musiałam zacząć czytać literaturę na lexique et style to przecież zwyczajny sposób spędzania wakacji.)
sobota, 27 września 2008
w klubie
Facet, z silnie hiszpańskim akcentem: Tu parles francais? Anne: Ouais Facet: Parce que je demande a ton copain s'il a un preservatif, chuis ici avec ma copine et j'en ai besoin, tu lui demandes? Anne: (o ironio losu, o zbiegu okolicznosci, o kretynska sytuacji!) mais j'peux pas lui demander ca! Facet: Mais si, juste un preservatif! Anne: d'accord. Look, the guy just wanted to know if u had a condom Felipe: No, no, sorry. Anne: Il n'en a pas Facet: Ca va. Merci. Odchodzi pare kroków, obraca sie i woła do mnie: Attention, hein!
piątek, 26 września 2008
c'est paris, si on a pas d'argent, on sort pas
No i wiecie, pojechałam na tego erasmusa z myślą, że nauczę się codziennego francuskiego, będę imprezować, nic nie robić w szkole, a potem wrócę z samymi piątkami i pięknymi wspomnieniami, jak to sie mówi. A tu dupa. Na każdych zajęciach albo jakieś dwudziestostronicowe dossier, takie z wywiadami na mieście i książkami do przeczytania (będę musiała zrobić najprawdziwsze resume - wreszcie na coś się przydadzą lingwowe warsztaty), albo egzamin, i co z tego, że jesteś tylko na pół roku. Wymagania takie same jak dla francuzów; inna sprawa, że z punktu widzenia polskiej studentki, a do tego jeszcze studentki Irrelewancji Porównawczej, poziom tutejszych zajęć jest nieco zabawny, ale o tym kiedy indziej. Teraz skupmy się na tym, że dwie Anie, Ola i Justyna szukały imprezy. Pocztą pantoflową dotarła do Betanii informacja, że we czwartki przy Gare Montparnasse odbywają się jakieś imprezy erasmusowe, oczywiście postanowiłyśmy pójść, no bo jak, tylko trochę byłyśmy oburzone, że my, my - czołowe imprezowiczki świata dowiedziałyśmy się o sprawie zupełnie przez przypadek, ale mniejsza z tym - grunt, że przed 22 wymknęłyśmy się z naszego siostrzanego foyer i pojechałyśmy do miasta. Z tym, że dałyśmy się zwieść w stronę Bastylii do jakiejś konkurencyjnej boite, a że nie było bifora, postanowiłyśmy kupić browarki i wypić na ławce. W sklepie sprzedawca podbiegł do lodówki, pokazał nam napis, że po 21 nie wolno sprzedawać alkoholu, po czym wyjął każdej po browarze (J. zażyczyła sobie jakiegoś najmocniejszego piwa, i dostała: 11,6%, Amsterdam), włożył w specjalnie chyba do tego wyprodukowaną papierową torbę i kazał schowac do torebek, oczywiście w moim przypadku nie było o tym mowy, ale tu znów wkroczyła J. - schowała piwo za kurtkę i powiedziala: C'est comme cela en Pologne, hein! No i wtedy już było fajnie, bo wiecie, ja to lubię takie klasyki - browar na ławce, wypatrywanie policji, ploty o facetach i ogólne narzekanie na świat. Zresztą było na co narzekać, bo po północy nasza klubina świeciła pustkami, juz miałyśmy jechać do domu, ale postanowiłyśmy się wkręcić do klubu przy Montparnasse, co prawda od godziny był już płatny wstęp, ale naiwnie myślałyśmy, że uda się załątwić a la polonaise: niekoniecznie. Rozmawiając z bramkarzem czułam się (zresztą nie pierwszy raz) jak w Warszawie: nadęty gej pogardliwie mówiący, że jak się nie ma kasy, to zostaje się w domu, bo to jest Paryż, P-A-R-Y-Ż. I wiecie co, ja się z nim zgadzam. Zwłaszcza, że też jestem nadętą gejką i na wszelki wypadek na ogół zachowuję pogardliwy wyraz twarzy. Postałyśmy trochę przed klubem, potem zachciało nam się siku, nie znalazłyśmy, idziemy już na Noctiliena, coby wrócić do Bagneux jak niepyszne, ale zaczepiło nas trzech Francuzów, i, żadna w tym moja zasługa, ale stanęło na tym, że każdy z nich dorzuci 5 euro do naszego biletu i idziemy na imprezę razem. And then I dropped off the face of the earth. Przysięgam, chyba nigdy nie byłam w takim klubie, wielki jak podopolska Azteka, z didżejówką jak w filmach i masą, po prostu masą ludzi, z których większość jak tylko przeciskasz sie przez tłum usiłuje cię pocałować, a jak cię ktoś poprosi do tańca, to raczej nie licz, że tylko o to mu chodzi, chociaż nasi francuzi byli ok, o ile wiem. A z muzyki to leciało nawet Smells Like Teen Spirit. Classy. (Czy ktoś w ogóle pamięta, jak mogliśmy do tego tańczyć? Ostatnio gorzej mi szło chyba tylko przy minimalu). Wyszłyśmy o 4.45. Do piątej siedziałyśmy razem z innymi imprezowiczami wgapiając się hipnotycznie w bramę metra. 10 minut szukałyśmy naszej stacji. O 5.50 odjechał pierwszy pociąg do Porte d'Orleans, potem na gape autobusem. I stres, bo o 7 jest u nas msza, więc wstają siostry, a byłoby jednak trochę niehalo spotkać się z nimi wracając po całonocnej imprezie, ale spoko, weszłyśmy przez bramę, potem w stronę naszego domku, pusto i cicho, ciągnę za klamkę... Zamknięte. I znowu poczułam się jak w amerykańskim filmie dla nastolatków, wymyśliłam, że możemy wejść przez okno, tylko trzeba Martę obudzić, ale Ola mówi, ja nie wejdę. Myśl, GPSie, myśl - klucz musi być w zamku. Zadzwoniłyśmy do Marty, otworzyła, poszłyśmy spać, a siostry już krzątały się na górze. Czuję się jak złoczyńca. Trzeba coś obmyślić na następny tydzień.
niedziela, 21 września 2008
24 little hours
Jeszcze we wtorek rano telepałam sie autobusem podmiejskim do centrum handlowego wileńska, jeszcze po południu nerwowo szukałam swojej lamerskiej trzydniówki, a już wieczorem siedziałam na stacji Denfert-Rochereau i zastanawiałam się, któryż to facet może być Davidem, kuzynem Marty. Przyjechał, wziął mój plecak, dał nam bilety do metra i w drogę; pierwsze spojrzenie na wieżę Eiffla, pierwsze żarciki o linii numer 4, która nazywa się tak, bo zawsze jest w niej 40 stopni, i wysiedliśmy w Sevres, tam, skad ceramika. Przynajmniej tak mówi Marta, ale można jej wierzyć, bo studiowała historię sztuki. David jest prawdopodobnie jedną z najbardziej zadziwiających osób jakie znam: tak naprawdę do niedawna nawet nie wiedział, że jest ktoś taki jak Marta, poznał nas w metrze, ale wziął specjalnie wolne w pracy następnego dnia, żeby nas nie puścić samych po Paryżu, zwiedzał z nami, żartował, ukradkowo postawił obiad w chińskiej resto ("bo wy nie pracujecie"), i piwo na Montmartrze. Potem chciał mnie wyrzucić z mieszkania, bo przyznałam się, że w 2006 byłam za Włochami, ale ostatecznie uznał, że nie mogę być idealna. Co do mieszkania w Paryżu, to nie da się go znaleźć, nie jeżeli jesteś studentką z ograniczonym budżetem, do tego zagranicznym i na pięć miesięcy. Spotkana w jednym z hosteli recepcjonistka mówi, że to wojna, że nie można być uczciwym, bo uczciwi kończą na ulicy; no ale jakoś się udało, po czterech dniach bycia paryskim SDF jestem teraz paryżanką z banlieue, a właściwie Bagneux: mocno czarniawe przedmieścia, jak widzę kogoś białego to gapię się zdziwiona. Mieszkanie jest u sióstr, ale ciężko jakąś zobaczyć, jest też bardzo tanio, ale za to w czteroosobowym pokoiku, podobno potem mamy się przeprowadzić do takiego segmentu z własną łazienką i salonem. Podobno, bo śpią tam teraz jacyś chłopcy (! niesamowite) i szukają mieszkania. Bonne chance, ja się powoli przyzwyczajam do minimalnej przestrzeni. I hulającego wifi. I może nawet kiedyś przyzwyczaję się do tego, że wieczorem w metrze piętnastolatkowie łapią cię za tyłek, a pod domem śmierdzący magrebianie liżą cię po twarzy. |
Zakładki:
Thinks
Zajawki
Znajome
|